30.11.2014

Świąteczna wishlista

Za każdym razem, gdy ktoś pyta mnie "co chcesz na urodziny/ święta?" zawsze odpowiadam "nie wiem, przecież wszystko, czego potrzebuję już mam".
A potem do głowy przychodzi mi mnóstwo rzeczy, które chętnie bym przygarnęła.
Dlatego w tym roku się przygotowałam. I nie dam się zaskoczyć! ;)





1. China Glaze - For Audrey, jest numerem jeden na liście moich wymarzonych lakierów od dawna, ale nigdy o nim nie pamiętam. Kolor jest cudny, spędziłam wieki oglądając na blogach paznokcie pomalowane właśnie tym lakierem.

2. NYX - Tiramisu, ma cudny kolor. Nie miałam jeszcze nigdy produktu z tej firmy i chętnie jako pierwszy, wypróbowałabym właśnie ten błyszczyk.

3.Etude House XOXO Minnie Mouse Collection, od momentu gdy zobaczyłam ten top coat na jakimś zagranicznym blogu, zachorowałam na niego i nadal nie może mi wyjść z głowy.

4. Knuckle rings, ale nie takie zwykłe. Najbardziej podobają mi się te z serduszkami.Są cudowne <3

5. Naszyjnik serduszko w kolorze różowego złota. Malutki i delikatny - idealny.

6. Moyou, Fashionista Collection 07, płytka ma piękne wzory. Podoba mi się wiele płytek tej firmy, ale ta zdecydowanie jest najlepsza.

7. "Girl Online" Zoe Sugg, uwielbiam Zoe i z ekscytacją czekam, aż dorwę tę książkę w swoje ręce. Nawet w oryginalnej wersji. I don't mind. Muszę ją mieć <3

8. B. For Beutiful Nails 02. Flower Power, kocham płytki z wzorem kwiatowym. Są uniwersalne i pasują do każdego lakieru. Poza tym B. zna się na rzeczy, jest mistrzem stempelków, dlatego też mam pewność, ze ta płytka będzie idealna.

9. Lokówka z wymiennymi końcami, nie wybrałam konkretnej firmy. Ważne, by miała końcówki różnej grubości.

Mam nadzieję, że chociaż część z tych rzeczy pojawi się w moich rękach w najbliższym czasie ;)

Co jest na Waszej świątecznej wishliście?

25.11.2014

Hybrydy - moja historia

Na hybrydy zdecydowałam się niecały rok temu.
Słyszałam o nich już od jakiegoś czasu i stawały się coraz bardziej popularne.
Chwalone były za trwałość, wzmocnienie paznokci i brak oczekiwania na wyschnięcie lakieru.



Zapewne sama bym się nie zdecydowała, żeby pójść do salonu i oddać moje paznokcie w ręce zupełnie obcej kobiety.
Wystarczyły mi opowieści koleżanek i znajomych o zbyt mocno spiłowanej płytce (aż do bólu!), źle nałożonej hybrydzie, która odprysła po zaledwie kilku dniach, o dziwnych lakierach "no name" używanych do tego procederu.
No, thanks.

Jednak gdy moja znajoma zaczęła zajmować się tą metodą, stwierdziłam, że co jak co, ale jej można zaufać. Link do jej bloga znajduje się <tutaj>.

Długo zastanawiałam się jaki kolor wybrać - w końcu miał zostać ze mną na dłużej niż 3-4 dni.
Kusiła mnie mięta, ale odpadła ze względu na porę roku - zimą mięta jakoś nie bardzo mi pasowała.
Kusił mnie też delikatny beż, na którym miałam wizję robienia stempelków. Jednak wiedziałam, że nie zawsze będę miała czas lub nie będzie mi się chciało ich stemplować, a gołe beżowe paznokcie przy mojej długości wyglądałyby źle.
Padło na mój ukochany burgundowy, który tu wpada bardziej w czerwień, niż fiolet, ale i tak byłam zachwycona kolorem. Przez tydzień. I tu zaczynają się schody.

To był dopiero pierwszy tydzień, a ja (przyzwyczajona do zmiany koloru co mniej więcej 3-4 dni) już miałam dość burgundowego. No trudno. Życie. Zapewne wtedy ściągnęłabym hybrydę, gdyby nie to, że bardzo chciałam sprawdzić jak długo utrzyma się na moich paznokciach.

Tutaj zdjęcie po około 1.5 tygodnia:



Paznokcie rosły i były dobrze utwardzone, hybryda się trzymała - niby żyć nie umierać.
Gdyby nie fakt, że zaczęły mnie denerwować odrosty. Malutkie, ale zawsze.

Trwałam w tym moim eksperymencie dalej. Twardo.
Odrosty kuły po oczach, a ja dzielnie męczyłam się z burgundem. Trzy tygodnie.

Zdjęcie po 3 tygodniach:



Jak widać wtedy moja hybryda wyzionęła ducha. Na kciuku powstał uszczerbek. Nie odpadła hybryda, tylko zeszła wierzchnia warstewka paznokcia razem z nią. Armagedon. W dodatku żaden z moich licznych burgundów nie pasował kolorem, żeby domalować ten mały obszar. Musiałabym malować wszystkie paznokcie. Mijało się to z celem, więc... Pozbyłam się hybryd.

Znajoma zostawiła mi specjalny preparat do ich usuwania. Namoczyłam nim waciki, przyłożyłam do paznokcia, obwiązałam folią i po 15 minutach po hybrydach nie było śladu.
Finally!

Byłam bardzo zaskoczona stanem moich paznokci. Oprócz niefortunnego kciuka, wszystkie były w całości i miały się świetnie. Byłam nastawiona na to, że paznokcie polecą mi w przeciągu tygodnia od zdjęcia hybrydy (tak, znów nasłuchałam się opowieści dziwnej treści..). Nic takiego się nie stało. Ale ciężko mi powiedzieć, jak to działa na dłuższą metę.


Podsumowując:
Rozumiem cały zachwyt nad hybrydami, bo jest wielce prawdopodobne, że gdybym nie miała fioła na punkcie lakierów to hybrydy byłyby dla mnie idealnym rozwiązaniem. Jedno pomalowanie i spokój na 2 tygodnie. Bez odprysków. Bez złamanego paznokcia. Bez zmywania i malowania z powrotem co kilka dni. I z nieustannie pięknym połyskiem.
Ale nie jestem przeciętnym człowiekiem w tym temacie. Wolę malować paznokcie co trzy dni (i móc wybrać za każdym razem inny kolor), patrzeć z niesmakiem na każdy odprysk, kontrolować długość starć na końcówkach i non stop uważać, by nie narazić paznokci na uraz mechaniczny.
I wiecie co? Lubię to!


Miałyście kiedyś hybrydy? Jak się u Was sprawdziły? ;)

21.11.2014

Delicate Pink


Jeszcze do niedawna, bliższe mi były paznokcie w odcieniach nude, niż tych ciemniejszych - utożsamianych z jesienią.
Kompletnie nie miałam ochoty na szarości, granaty czy brązy.
Trzymałam się kurczowo moich nudziaków, jak dziecko pierwszego w życiu balonika ;)



Żeby nie było tak nudno, postanowiłam dodać naklejki wodne, zakupione na allegro. Tak też powstał poniższy tutorial delikatnych, pastelowo różowych paznokci.


Do wykonania potrzebne nam będą:
-lakier bazowy, lub odżywka
-jasny lakier w ulubionym odcieniu
(w moim przypadku 2 lakiery, ponieważ ten z Golden Rose nie kryje satysfakcjonująco)
-top coat
-naklejki wodne

Zaczniemy od zmycia poprzedniego lakieru, opiłowania płytki i usunięcia skórek jeśli to konieczne (za moje przepraszam - zgubiłam preparat do skórek i żyły sobie same przez dobre 2 tygodnie, oto efekt...).



Następnie pokrywamy płytkę bazą, bądź odżywką a potem malujemy ulubionym lakierem w odcieniu nude. Nie musi być to różowy. Zdobienie sprawdzi się również na odcieniu wpadającym bardziej w brąz ;)




Czekamy aż lakier porządnie wyschnie. Dobrze jest dać mu minimum godzinę, ale najlepiej naklejać ozdoby na drugi dzień. Naklejki wodne lubią bąbelkować, jeżeli naklei się je na nie do końca wyschnięty lakier.
Wycinamy wybrane naklejki (moje są w kształcie koła, przecięłam je na pół, żeby uzyskać efekt popularnego ostatnio half moon).
Odklejamy folię i zamaczamy naklejki na kilkanaście sekund w miseczce z wodą. Oddzielamy naklejkę od kartonika i nakładamy na paznokieć, jak najbliżej jego początku ;)




 Zdobienie nosiłam, aż do zdarcia. Zmyłam je dopiero jak końcówki się wytarły, a lakier zaczął pękać. Wcześniej nie miałam serca ;)
Myślę, że ten motyw na pewno kiedyś powtórzę, w innym zestawieniu kolorystycznym.

Jak Wam się podoba?

19.11.2014

New beginning


Zmiany, zmiany, zmiany.
Jak można zauważyć, zmienił się wystrój bloga i moim zdaniem jest znacznie lepiej - jaśniej i bardziej dziewczęco.
Zniknęły też stare notki, które nie wpisują się w nowe założenie, jakim jest tematyka lakierowa i paznokciowa.

Mam nadzieję, że blog odżyje, ja nie stracę weny a czytelników będzie przybywać ;)

Buziaki,
Trii


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...